|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
1-AgA19791
2-Decu
4-Fora- które odwiedzam
5-Pomoc w sieci
6-sport-i owo
7-Zaglądam- blogi robótkowe
8-zaglądam- inne blogi
9-tutaj kupuję
Decu-inspiracje
Zaglądam blogi patchwork
|
O moim życiu z Wiktorią,
naszych codziennościach,
trochę o moim hobby,
trochę o mnie samej...
.
...żadna wielka miłość nie umiera do końca...
-Jonathan Carroll Poza ciszą
czwartek, 26 stycznia 2012
kluczyk
Postanowiłam. Dla chętnych po kluczyk "do mojej prywatności", podaję adres: aga_w134@wp.pl. Proszę Was o cierpliwość, gdybym nie odpisała od razu. Aha, podajcie swoje namiarki blogowe, bo nie zawsze adres poczty odnosi się do bloga itp.
środa, 25 stycznia 2012
5 x szpital
Niestety, tym razem nie będę sobie żartowała i nie powiem,że były to "wywczasy". W czwartkową noc Wiktoria miała gorączkę. To pierwszy raz. Bardzo się tego bałam i niestety przydarzyło się....czuwałam pół nocy. W piątek poszłam do lekarza, ale niby nic się nie działo osłuchowo. Za to pediatra oznajmiła mi, że od tego roku NFZ nie będzie refundował już mleka i muszę "przechodzić" stopniowo na zwykłe mleko, kupić sobie jakieś "HA", aaa no i zapisać się do poradni alergologicznej. Zapisałam się, termin "już" w marcu! A po drodze weszłam do apteki i kupiłam Enfamil HA. Coś chyba jednak nie do końca było dobrze, bo wieczorem mała zaczęła mi strasznie wymiotować. Po 3 godzinach jazdy z bratem, między ostrym dyżurem (lekarz nie widział nic złego) szpitalem (karetka odmówiła mi przyjazdu do dziecka i kazała jechać samemu), znów ostrym dyżurem po skierowanie (nie chciała mi "małpa" wystawić ,bo nie widziała nadal powodu, mimo kolejnych wymiotów), trafiłyśmy na oddział. Wiktoria słaba już była. Patrzyła na mnie takim smutnymi oczkami, choć ma 3 m-ce to miałam wrażenie,że rozumie i chce powiedzieć, że jej źle :( Koszmar !!! Wymioty, kroplówka i biegunka :( a że to weekend był, to trzeba było czekać do poniedziałku, leczenie tylko doraźne. Było usg brzuszka, badanie na wirusy rota... wszystko ok. No więc wypis do domu :) Poszłam z córcią do zabiegowego, żeby wyjąć z jej łapki wenflon... i od nowa Polska ludowa. Z rączki zaczęła bardzo płynąć krew, aż pielęgniarka nie wiedziała co robić. Uwaliła małej na rance jakiś kulfoniasty opatrunek i kazała uciskać. Do tego Wiktoria znów zwymiotowała :( Powiem tak: widok mojego Dziecka umęczonego wymiotami, do tego krew kapiąca z jej pięciu paluszków w te wymiociny....nogi mi się ugięły...COŚ STRASZNEGO! Oczywiście zostałyśmy na oddziale. W sali, jak już utuliłam Wiktorię, popłakałam się . Może ktoś powie, że to przecież nic takiego, ale dla mnie to było straszne... Dzisiaj wyszłyśmy do domu. W międzyczasie były trzy zmiany mleka, bo "może to wina mleka" a do tego Wiktoria od zawsze bardzo bardzo ulewała, więc postanowiono zmienić mleko. Oczywiście mleka szpital nie ma, więc wszystko musiałam kupić, znaczy się nie ja, Ela, ja byłam na oddziale. Ela prała i prasowała nam ubranka, mama z bratem dowoziła i tak na zmianę, bo ciuszki mała brudziła ekspresowo, no i moje też oczywiście do prania po ulaniu czy wymiotach. Dzidzia schudła mi przez ten czas i zbladła :( Ale dzisiaj wróciłyśmy do domku. Właśnie "idzie" piąta pralka, trzy małej , dwie moje. Wiktoria śpi ładnie a ja czuwam...a mleko jest, ale AR i jak na razie lepiej mała mi się czuje :) W szpitalu mało spałam, tylko trochę nocami. Może jestem przewrażliwiona, ale za dnia, gdy na oddziale były tłumy odwiedzających, bałam się zostawiać małą samą. Tym bardziej o spaniu nie było mowy. Zgadałąm się z jedną mamą i na zmianę pilnowałyśmy sobie dzieci, tak by móc chociaż spokojnie do łazienki wyjść. No a poza tym czuwałam, więc nie spałam.
jestem zmęczona fizycznie i psychicznie.... gdyby nie rodzina, nie dałabym sobie rady ;(
sobota, 14 stycznia 2012
coś nowego
Coś nowego, pierwszy projekt w tym roku i pierwszy od dawna :) na dzisiaj tajemnicze "coś", bo mam tylko tyle, ile na foto ,a hmmm..no nie powiem,że szyję, bo to zbyt dużo powiedziane :) , ale ...no dobra, tyle zrobiłam przez 3 dni... Mam czas jeszcze tydzień. :)
piątek, 13 stycznia 2012
zima , zima, zima...
...wyszłam dzisiaj na miasto "jesienią" a wróciłam "zimą" :) W ciągu kilku chwil zrobiło się prawie ciemno i zaczął walić, nie sypać, walić grad, nie śnieg. W biegu prawie trzasnęłam zdjęcie, zanim schroniłam się w kinie.
Jubilatka ;)
Moja córcia rośnie jak na drożdżach, każdego dnia odkrywa coś nowego, uczy się nowych rzeczy i rozwija ku mojej radości. Sama nie wiem, kiedy minęły już aż 3 m-ce , jak jesteśmy razem :) Kocham Ją :)
Czy to normalne, ze uwielbiam robić zdjęcia Wiktorii i jak dopadnę do aparatu, to czasem na dzień i ze 100 fotek jej zrobię? A córcia chyba lubi pozować, bo wdzięcznie patrzy podczas tych "sesji"na aparat :)
o innej "rocznicy" nie wspominam, choć pamiętam...
wtorek, 10 stycznia 2012
inwazja
wirusów, niestety i u mnie. Dopadło mnie kichanie i prychanie... Dobrze, że Mała jest zdrowa. Co u nas napiszę, jak mi przejdzie to paskudztwo i odpisze na wpisy o karmieniu, bo Wasz odzew bardzo mile mnie zaskoczył. Dziękuję :)
zdrówka życzę Wam wszystkim :)
poniedziałek, 09 stycznia 2012
ciasto orzechowe
Dzisiaj zaproponuję Wam ciasto orzechowe, które zrobiłam na Nowy Rok. Specjalistka od ciast , a już z kremem to ja nie jestem, a mimo to, to proste ciasto udało mi się upiec :) Jako wskazówkę od siebie dodam, ze ciasto smakuje najlepiej po 2 dniach :) dziwne to, ale nie twardnieje ciasto a krem wtedy jest fajnie gęsty i trzymając je w lodówce, spokojnie postoi nawet 3-4 dni. Wg mnie to dobre ciasto na weekend, ale zrobić je można już wcześniej :) Ale dość gadania, oto mój orzechowiec :) SKŁADNIKI Na ciasto: - 500 g mąki pszennej - 200 g cukru - 2 łyżeczki rozpuszczonego miodu - proszek do pieczenia
Na karmel: - 250 g orzechów włoskich - 100 g cukru - 2 łyżki miodu - 2 łyżki margaryny
Na masę budyniową: - 0,5 l mleka - 3/4 szklanki cukru - 3 łyżki mąki ziemniaczanej - 3 łyżki mąki pszennej - 0,5 kostki margaryny - 1 żółtko
1. Na stolnicy zagniatamy z podanych składników ciasto i dzielimy je na dwie części. Pierwszą pieczemy przez 30-40 min w temp.ok 180 stopni. Moja kuchenka nie ma zegara, więc piekłam ok. 35 min a na pokrętle miałam "6,5" w 9 stopniowej skali :) To będzie spód naszego ciasta. 2. Składniki na karmel wkładamy do rondla i ciągle mieszając, gotujemy na małym ogniu ok. 10 min. Powstały karmel wykładamy na drugą część ciasta i pieczemy j/w. To będzie wierzch naszego ciasta. 3. Do zagotowanego mleka dodajemy mąkę i cukier. Powstały budyń musi być bardzo gęsty, odstawiamy do wystygnięcia. Margarynę ucieramy z żółtkiem i dodając po łyżeczce budyniu, miksujemy wszystko razem na gładką masę. Chłodzimy nasz krem :) Gdy obie części ciasta wystygną, przekładamy je kremem i odstawiamy na kilka godzin do lodówki, aby się "wszystko związało". Ciasto jest proste poza orzechami, nawet tanie i dobre :) Dodatkowo ja posmarowałam najpierw spód powidłami śliwkowymi, co wzbogaciło smak i ciasto nie było aż tak słodkie. SMACZNEGO :)
niedziela, 08 stycznia 2012
ostatnie zajęcia i 3 zaliczenia
Dzisiaj mam ostatnie zajęcia w szkole. Przyznaje, ciężko było mi to zgrać i jeszcze będąc w ciąży, a teraz to już tym bardziej. Ale udało się. Chyba mogę tak powiedzieć. Spodziewam się dzisiaj dobrych wpisów w indeks. Za kilkanaście dni egzaminy państwowe i koniec szkoły :) Szczerze, to już tęsknię za grupą, bo nauka, jak nauka, mi szczególnie nie była potrzebna,ale towarzystwo się zgrało, poszłam , "wyciągnięta" przez Elę :) a teraz będzie mi się tęskniło do tych " ludziów" :)
sobota, 07 stycznia 2012
Zastanawiam się, czy ten wpis nie będzie aż nadto prywatny.. ...ale chciałabym, przy okazji pytania Madziorka coś powiedzieć.
Żadna z kobiet w bliższym otoczeniu w mojej rodzinie nigdy nie karmiła piersią. Nie , że nie chciały, ot, żadna nie miała wystarczająco pokarmu, a dzieci rodziły się zawsze duże. Bardzo chciałam karmić Małą, bardzo. I choć od samego początku były problemy, byłam dumna i przeszczęśliwa, że mi się udało..prawie. Dokarmiałam Wiktorię butelką , od samego prawie początku, ale przez cały m-c miałyśmy te magiczne chwile, gdy mała ssała... Dwa dni po pogrzebie taty nagle to, czego i tak było mało, zatrzymało się. Przez kolejny m-c dostawiałam małą, piłam dużo... tyle herbatek , co się napiłam aptecznych, to szok. Ale miało wspomóc, wiec piłam "wiadrami". Odstawiłam także nabiał, bo po pierwszym naprawdę koszmarnym m-cu i "walce" z lekarzami, że coś jest nie tak, stwierdzono nam kolkę i skazę... Starałam się, naprawdę :( W necie wyczytałam, że są tabletki na wspomaganie laktacji. Baa, naczytałam się, że nawet matki adopcyjne, które nie rodziły, są w stanie karmić piersią. Udowodnione medycznie. Myślę sobie, cudy jakieś. Ale skoro one mogą, to mi na bank pomoże. Lekarz oczywiście nie chciał ich przepisać, bo , mówił,: że wystarczy chcieć". CHCIAŁAM !!! I nic. Przy tabletkach nie można karmić, więc działałam laktatorem... i NIC. Do tego im mniej miałam mleka, tym Wiktoria bardziej chorowała. Grudzień to lekarze i apteki... To co czułam: żałoba, stres przez małą, coraz mniej mleka...choroby.... nie udało się. Choć już nie karmiłam, w święta nadal jadłam tak , jak na samym początku i przez te całe 2 m-ce z nadzieją...a może. A później nie chciałam jeść nic nowego, choć już mogłam, bo...nie chciałam. To była taka kara, którą sobie sama wyznaczyłam. Walczyłam z sobą w myślach. Chyba nie chcę pisać, co za myśli mi przychodziły do głowy... Dlaczego te matki, które nie chcą, nie dbają o siebie, którym nie zależy, karmią piersią?? Dzisiaj wiem, że nie wystarczy chcieć, jak to mówią lekarze. Jestem najlepszym tego przykładem. Wiem, że błędem było picie tylko jednej meliski w te najgorsze dni. Lekarz powinien był mi coś przepisać, odstawić dziecko na 2-3 dni, odciągać mleko laktatorem i się uspokoić jakoś, choć ten pierwszy żal wspomóc, wyciszyć lekami. A później wrócić do karmienia. Byłam, pytałam. Wiem to dzisiaj...ale lekarze nie pomagają w takich sprawach. Mi przynajmniej nikt nie pomógł. Wiem, że choć mało,to to, co mała wyssała, to już coś i coś co było dobre dla niej. Zawsze jakieś wartościowe rzeczy miała na starcie, ale żal mi , że tak krótko i tak mało mogłam karmić... Poza oczywistymi zaletami karmienia, chwile "przy piersi" są...wg mnie magiczne. To jak dziecko się wtedy przytula, rączkami obejmuje, patrzy i uspokaja, ta więź, która jest w tej chwili... nie umiem tego opisać. Dla mnie to było coś wspaniałego ;) Może zbyt idealizuję "to", ale dla mnie miało "to"właśnie takie znaczenie. Dla mnie zanik laktacji to osobista porażka. To coś tak ważnego i niemożliwego już niestety... Starałam się... Dużo spraw "zakłóca" moje macierzyństwo. Żal mi, że nie mogę cieszyć się wszystkimi urokami macierzyństwa... że sama jestem i mimo wielu starań, serca i chęci... nie jest tak, jak bym chciała. "Normalnie" jem od Nowego Roku... delikatnie zaczynam jeść wszystko ... zielono mi
Dzisiaj zaproponuję Wam coś zwyczajnego, co jadłam na obiadek, tak dla odmiany po tym świąteczno-noworocznym wypasie :) Kopytka zachciały się mojej mamie, więc zrobiłam. Po swojemu, czyli do ciasta dodałam dużo przypraw, słabo to widać jakoś na foto. Takie przyprawione są naprawdę dobre :) Ale najlepsze są ....odgrzewane :) w sumie tylko takie odgrzewane "kopytki" jak już, to jem. W ramach inwencji twórczej, dodałam garść pekińskiej na koniec odgrzewania...smakowita całość z surówką z czerwonej kapusty. I kto powiedział,że na obiad musi być mięso ?? polecam i życzę smacznego ;)
piątek, 06 stycznia 2012
...był kawaler
Dzisiaj odwiedził moją Wiktorkę kawaler, kawaler Bartuś :) Bartuś urodził się dokładnie tego samego dnia, co moja Wiktoria :) A było to tak... Mamę Bartusia poznałam w lipcu, podczas moich drugich "wczasów" w szpitalu, leżałyśmy razem na jednej sami. Ona miała termin na później, ja na trochę wcześniej, ale przekornie umówiłyśmy się, że za jakieś 3 m-ce spotkamy się tutaj (oddział OCP) znów. No i co? Bingo :) Mnie udało się ciut po południu, Emila "wyrobiła się" ciut przed północą i tak mamy dzieciaczki z jednego dnia :) Lubię bardzo Emilę, mieszkamy blisko siebie i chciałabym utrzymywać ten kontakt :) Jako mamy obie doświadczyłyśmy już głupich porównań od innych mam (durne to do kwadratu) i też postanowiłyśmy porównać, ale w zdrowym sensie, nasze szkraby: - Bartuś jest większy, choć to moja urodziła się większa, - Moja więcej je mleczka, a on więcej pij herbatek, - Mały zdecydowanie większa gaduła, za to moja trzyma sztywniej głowę, - Bartuś preferuje samogłoskę "eeeii", a Wiktorka przeciwnie, spółgłoskę "gggggii" , - Moja ruchliwszą ma lewą rękę, mały prawą, - Bartuś "jeździ motorem"(tak trzyma rączki i nóżki) a moja "biega po bułki" (tak wierzga nóżkami) Później stwierdziłyśmy , że to chore :) i że mamy urocze dzieci :) Dzieci się polubiły, jeśli można tak stwierdzić po 2 godzinach pierwszego tak długiego "randkowania" :) Rewizyta za 2 tygodnie :) Baltazar...
...takie planowałam dać imię na drugie :) gdyby był chłopiec :) A przynajmniej, taką miałam pierwszą myśl od której wszyscy mnie odwodzili, łącznie z lekarzem :) Dlaczego Baltazar? Bo również mi Trzej Królowie przynieśli DAR :) :) Kacper już jest w rodzinie. A Melchior jakoś mi nie leżał... ale by było, gdyby był chłopak, co ? :) Dlatego Baltazar :)
A dlaczego jest Maria? Bo urodziłam dziewczynkę. Dawno temu prosiłam Matkę Bożą o dar macierzyństwa i obiecałam wtedy, że jak będę mieć córeczkę, to dam jej na drugie Maria, na Jej cześć i w podzięce za upragniony dar. Maria to również imię, które ma na drugie moja mama i siostra. Babcia też z wdzięczności MB dała córce pierworodnej to imię. A Eli mama nadała dla tradycji :) bo przy moim imieniu upierał się tata: Agnieszka i już, a mama chciała bardzo Magdalena , więc dostałam na drugie, w ramach kompromisu :) W ogóle, historia imion w mojej rodzinie jest zawiła i nawet ciekawa :)
Podczas pierwszej ciąży mama była sama, Ela również , choć tylko przez część, ja niestety także... to już całkiem niefajna powtórka historii, jakby jakieś "naznaczenie" czy coś :(
czwartek, 05 stycznia 2012
12 tygodni
Tyle dzisiaj moja panna skończyła. Wiem, dla większości ludzi takie odliczanie jest pewnie dziwne, ale dla mnie "młodej" mamy ...hmmm, naturalne :)
Postanowiłam pisać na blogu o kolejnych etapach rozwoju Wiktorii , o naszym codziennym życiu, o tym, co u nas słychać. Tym samym blog nie będzie już o tematyce robótkowej, a o moim życiu, którego częścią są robótki. Może Was to zainteresuje, a przynajmniej, jak mniemam, Ktoś dowie się więcej, cokolwiek o Wiktorii. Dla mnie będzie to swój rodzaj pamiętnika z naszego życia :) Miło mi będzie, gdy doradzicie mi to i owo w sprawach dziecka :) w końcu tyle tu doświadczonych Mamuś mnie odwiedza :) Jak co tydzień i nie tylko :) byłą mała sesja fotograficzna. Dzisiaj dla odmiany w spodenkach i na niebiesko :) Wiktoria 12 tygodni: a tutaj ciut młodsza, nieco zadziwiona aparatem,11 tygodni :) ...normalnie zaraz braknie mi wózka , tak rosnę mamusi :)
środa, 04 stycznia 2012
szary dzień
Dzisiaj pogoda jakaś taka średnia, mało słońca i nawet padało. O 7 rano była dzisiaj 1 z 14 mszy w intencji taty. Byłyśmy obie, mama, Ela, pracownicy z-du... Po mszy dziwnie się czułam, zamiast jechać z Elą autem, wróciłyśmy z małą pieszo spacerkiem do domu. To takie dziwne było, słyszeć, że modliliśmy się w intencji taty... Po drodze weszłam do sklepu po chleb i zobaczyłam,że Ela stoi w regale i prawie płacze. Dowiedziałyśmy się, że mąż naszej koleżanki Iwonki leży na OIOM-ie. Ma krwiaka...ma 31 lat. Tak mnie to dobiło, że siły mi aż odeszły, dobrze, że Wiktoria po powrocie do domu spała ładnie, to i ja położyłam się na trochę... To szary, bury dzień...
Od pewnego czasu zastanawiam się nad zamknięciem bloga. Żal mi jednak pracy, którą tutaj włożyłam, no i znajomości, które dzięki temu miejscu nawiązałam. Będę pisać dalej, ale nie mogę do końca pisać tego, co bym chciała napisać, a szkoda... Średnio mi dzisiaj...
wtorek, 03 stycznia 2012
2012 i plany...
Z okazji Nowego Roku 2012 życzę Wam, moje drogie znajomki spełnienia Waszych planów i marzeń, dużo uśmiechów i radości każdego dnia, zdrówka przede wszystkim miłości bliskich. By ten Nowy Rok był lepszy od minionego pod każdym względem... Życzę Wam również, byście znalazły czas na pogłębianie swoich pasji i zainteresowań :)
Jednocześnie dziękuję Wam za wszystkie przemiłe komentarze na moim blogu, za cierpliwość i serce jaki mi okazujecie, życzenia dla mnie, mojej córci i rodziny :) doceniam każde życzenie, każde ciepłe słowo, czas mi tutaj poświęcony. Plany na 2012 rok: Jestem mamą, już na zawsze :) W tym roku chcę nauczyć moją córcię siadać, później chodzić, mówić, dbać o moje dziecko... pokazać Jej świat.. kochać Ją :) Poukładać nasz świat bez taty.... Mam wątpliwości, bym znalazła czas na cokolwiek, ale chciałabym coś uszyć (patchwork) i ozdobić (decoupage), ale nic wielkiego, raczej drobiazgi :) Świat mi się nie zawali, jeśli nic nie zrobię w tej dziedzinie :) W finansach szaleństwa nie będzie, więc wiem, że niczego co bym chciała, nie kupię, poza niezbędnymi sprawami, ale dam radę. Jeśli czas pozwoli...wyjdę do ludzi. Hmmm, cóż, chciałabym też schudnąć i tego będę się trzymać, wytrwale stawiać czoło wszystkim przeciwnościom, bronić "swoich" i uśmiechać się, nawet w "szare dni". Kochać i jeszcze raz kochać moich bliskich :)
Rok 2011: Przeczytałam właśnie mój wpis sprzed roku...szczerze, to niewiele mi się niestety spełniło :( Był to rok tak trudny, jakich mało w moim życiu. Rok, który przyniósł nieodwracalne zmiany w moim życiu (złe i dobre). Był ból emocjonalny, ból fizyczny, samotność, wręcz depresja, brak kasy, troska i strach, kłótnie i nerwy, zazdrość i zwykła złośliwość, choroby, łzy...śmierć. Przy tych wszystkich smutnych sprawach, Rok 2011 podarował mi przyjaciół, osoby, które pomogły mi, wsparły i pocieszyły. Z Ich strony doznałam bezinteresownej dobroci bez której chyba bym nie podołała temu wszystkiemu. Te osoby nadal są w moim życiu :) i mam zaszczyt należeć do grona ich przyjaciół :) Rok 2011 miał tez dobre strony. Zaszłam w ciążę i czerpałam z tego przywileju, co tylko było mi dane: radość i i jeszcze raz ogromną radość ! Jedyne co przytrafiło mi się najlepsze, to WIKTORIA, to że zostałam Mamą ! To najwspanialsze, co mnie spotkało. Dar, którego pragnęłam od dawna, a na który przestałam już mieć nadzieję. Miniony rok, jak żaden, nauczył mnie, że nie ma co planować, bo życie samo pisze nam przyszłość.. ja zawsze miałam plany, wyniosłam to z domu, że trzeba mieć cel i dążyć do jego spełnienia. Zawsze te plany osiągałam,prawie zawsze z wielkim trudem, zawsze dłużej, ale osiągałam swoje cele :) tylko jedno mi nie wyszło. Wszystko co złe i co dobre, w 2011 było nieplanowane...
Sobie życzę, by Nowy Rok 2012 przyniósł mi i moim bliskim : spokój, zdrowie, miłość.....i troszkę więcej pieniążków :) |